Burze i deszcze.

To było absolutne szaleństwo! Zero przygotowania, zero planu, mało czasu. Ale zacznę od początku.
Może najpierw taki filmik ➞ klik

Chcecie poczuć się, jak na takim chrześcijańskim Dzikim Zachodzie? Zapraszam do opisu mojej "bożociałkowej" wyprawy.

Większość brała urlop na piątek (12.06.2020 r.). Ja sobie pomyślałam, że w mojej obecnej sytuacji to nie bardzo mam jak, czym i po co wyjeżdżać gdziekolwiek. Postanowiłam zostać na miejscu i ogarnąć swoje sprawy. Jednak przez weekend przemyślałam sprawę i posłuchałam głosu, który powiedział: "zostaw na razie wszystko, odpocznij chwilę, zbierz siły. Wyrusz w drogę!". Pomyślałam sobie, że ciekawe, jak mam to zrobić, ale uznałam, że posłucham tego głosu. W poniedziałek złożyłam wniosek urlopowy i zaczęłam zastanawiać się: "i co dalej?". Rozpoczęłam od sprawdzenia prognozy pogody. Na długi weekend zapowiadano burze i deszcze. Bardzo gwałtowne i obfite. "No, to pięknie. Zostaję w domu". I już chciałam zacząć żałować tego straconego dnia urlopu, ale coś mi podpowiedziało: "planuj dalej". Hmmm... Ponieważ obecnie do mojej dyspozycji pozostaje tylko rower, to uznałam, że muszę opracować jakąś wyprawę rowerową. W głowie zarysował się pierwotny plan. 10.06.2020 r. o 09:48 przyszedł SMS od Przyjaciela, który kompletnie nie wiedząc, na co się szykuję, swoją wiadomością rozwiał moje wszelkie wątpliwości. W odpowiedzi podałam tylko, że "mam pewien plan". Odpisał: "Już się boję ;-)". Cóż - nie zaskoczyła mnie ta odpowiedź, bo Ci, którzy mnie już trochę znają, wiedzą, że mam nietuzinkowe pomysły. Jednak postanowiłam nie zdradzić się, co zamierzam uczynić.

 O 10:01 zapytałam Znajomego, jaka jest pogoda w jego rejonie. Swoją odpowiedzią utwierdził mnie, że prognoza jest zgodna z rzeczywistością. Zadałam więc drugie pytanie - czy mnie przenocują przez jedną noc. Otrzymałam odpowiedź twierdzącą. Jednak dalej biłam się z myślami. "Jechać, nie jechać, jechać, nie jechać? Te burze i deszcze...". Ale głos w głowie mówił: "nie lękaj się, nie bój się. Obserwuj tylko prognozę". Gdy Rodzice poznali moje zamiary, niemalże za głowy się złapali. "Przecież ma padać. Burze! Deszcze!". Odpowiedziałam, że wiem, dlatego obserwuję prognozę i nie nastawiam się, że "muszę jechać", tylko na spokojnie analizuję sytuację.

Wieczorem prognoza jeszcze wskazywała, że w następnych dniach popołudniu będą opady z burzami. Zaczęłam więc kombinować, że wystarczy, jak do miejsca docelowego, przewidzianego na dany dzień, dojadę przed nimi, to nie zmoknę i nic mi się złego nie stanie. Jednak ostateczną decyzję postanowiłam podjąć rano.

Skoro jednak Bóg podrzucił mi taki pomysł na czterodniowe wakacje i rozwiał część wątpliwości informacjami od znajomych, to czy mogłam się sprzeciwić? Tym razem nie było mi wolno tupnąć nogą. 😉 Poza tym chciałam pobyć sam na sam z Nim. Oddać Jemu hołd. Podziękować za to, co uczynił w moim życiu.

Dodatkowym czynnikiem, który zmotywował mnie do tej wyprawy było to, co zauważyłam w kalendarzu. Odkryłam, że przełom między 13 a 14 czerwca przypadnie na weekend. Choć liczba 13 nadal licznie pojawia się w mojej codzienności, to od pewnego czasu w moim życiu zaczęła pokazywać się liczba 14. Tak, jakbym po tym, co wydarzyło się pół roku temu, przechodziła na kolejny etap. Uznałam więc, że 14 czerwca 2020 r. chcę pojawić się na mszy św. w kościele, który uczestniczył w mojej metanoi ➞ klik.


11.06.2020 r.

Planowałam wyruszyć o 6:00, ale raz, że uznałam, że to będzie jeszcze za wcześnie, aby ocenić prawidłowość prognozy pogody, a dwa - zły zaczął na mnie działać, mówiąc: "może jednak zostań w domu, poodpoczywasz". 😈 "O, nie, nie!" - pomyślałam. Ten głos złego jeszcze bardziej mnie zmotywował do wyruszenia w trasę i pokazania jemu siły bożej miłości.

Dlaczego tak się dodatkowo zawzięłam? A jaki jest jeden z siedmiu grzechów głównych? Lenistwo! Poczytajcie ➞ klik i klik Postanowiłam więc go nie popełnić i zrealizować swój plan.

W podróży towarzyszyła mi Myszu, którą znacie z bloga ➞ Myszu on tour. 🐭 Aby nie dublować wpisów i nie zamęczać moim wizerunkiem 😉, poniższą fotorelację wzbogacę o zdjęcia mojej kochanej maskotki.


Wyruszyłam o 8:40. O 9:13 byłam na Ratajach, gdzie sfotografowałam słynne namiotniki ➞ klik.


O 9:39 zameldowałam się przy tablicy informującej, że kończy się Poznań, a zaczynają Czapury. Do tego momentu niebo było zachmurzone. Cały czas biłam się z myślami, czy jest sens dalej jechać. Kiedy jednak wyjechałam do lasu znajdującego się za Wiórkiem i usłyszałam śpiew ptaków, a po chwili zza chmur wyszło słońce, poczułam przypływ sił w nogach. O 10:25 byłam już w Rogalinie, gdzie zrobiłam mały postój. Wiadomo - trzeba było zaliczyć pamiątkowe zdjęcie ze znajdującym się tutaj pałacem Raczyńskich ➞ klik 
 

oraz kościołem pw. św. Marcelina ➞ klik. 



Odkryłam także, że znajduje się tutaj dąb sklonowany metodą in vitro.



Ruszyłam w dalszą trasę. Po jakimś czasie trafiłam na patrol milicji. 😉 


Nieopodal znajdowała się także dość ciekawa wiata przystankowa. 


Jak się później okazało - ten wyjazd był pod znakiem wiat i kapliczek. Zastanawiając się nad tym teraz, gdy to opisuję, nasunęła mi się myśl, że to takie metaforyczne odniesienie do życia, na którego drodze przemieszczamy się od punktu do punktu, ode etapu do etapu, a w tym wszystkim towarzyszy nam Bóg. 😊

Na odcinku aż do Śremu biłam się z myślami - czy sobie poradzę? Dętkę umiem wymienić - zajmuje mi to pół dnia, ale daję radę, ale jak korba się złamie? A jak nie znajdę noclegu? A jak złapie mnie burza na środku niczego? Jednak jeszcze w domu założyłam sobie, że dojadę do Śremu i wtedy ocenię możliwość dalszej podróży. Tam byłam w razie czego jeszcze w stanie zawrócić.

Przy tablicy z napisem Śrem pojawiłam się o 11:46.  


Wjechałam na rynek w Śremie, aby zrobić przerwę posiłkową. Ustawiłam rower. Obejrzałam wystawę zdjęć rozstawioną na rynku. Dwa foto z niej:



Usiadłam na ławce i nie zdążyłam ugryźć pierwszego kęsa, a tu zegar wybił 12:00. Jakoś w tym momencie dostałam od Mamy info, że są we wsi obok i do mnie przyjadą (do tego momentu nie byłam świadoma, że Rodzice wyruszyli autem w pogoń za mną). Po chwili usłyszałam hejnał. Uśmiałam się, że to fanfary dla mnie za odwagę. 



Rodzice za chwilę dołączyli, pogadaliśmy. Zjadłam, ruszyłam w trasę. Jeszcze trochę biłam się z myślami, ale wiecie, co mnie przekonało do dalszej jazdy? Jak wjechałam do Śremu, wyszło słońce. 😃

Na wylocie ze Śremu odkryłam takie nietuzinkowe stojaki do kwiatów:



Jeszcze w Śremie, rzuciwszy okiem na mapę, zauważyłam, że mogę zaliczyć miejscowości o nazwach, które kojarzą się z zupełnie innymi rejonami Wielkopolski i Polski. Co prawda, na jednym skrzyżowaniu miałam dylemat - czy podążyć za liczbą 13, czy jednak trzymać się wcześniej obranego planu. 

 

Tupnęłam nogą i powiedziałam sobie: Panie Boże, w tym momencie jadę po swojemu! Wybieram Międzychód!


 

 

 Tym sposobem trafiłam tu:


Gdy wysłałam foto do Znajomego, to zapytał się, czy nie pomyliłam kierunków. 😉
Dalej było niemniej ciekawie. Myszu oczywiście musiała coś dla siebie upatrzyć.

 
 
Następnie dotarłam do Dolska.


 


Zaliczyłam tutaj moją ulubioną stację paliw przy ul. św. Ducha 14. Na rynku zrobiłam małą przerwę w celu poszukania noclegu. Była już 14:10 i zaczęłam się martwić, że robi się późno, a ja nawet nie wiem, czy będę miała gdzie przenocować. Dodzwoniłam się do Pępowa w sprawie noclegu. Pani zgodziła się mnie przyjąć. Uznałam więc, że wchodzę w tę wyprawę na całego. 

Po opuszczeniu Dolska dalej podziwiałam różne bożociałkowe przybrania.


Trafił się też kolejny ciekawy pojazd, tym razem w postaci Żuka.

 

Za Mszczyczynem zatrzymałam się przy kanale Obry. Jakże tutaj mnie zachwycił krajobraz! Kilka lat temu jechałam tędy samochodem, ale nie było wtedy tak urokliwie. Poza tym - może wówczas za szybko pokonałam to miejsce? Rower jednak pozwala lepiej przyglądnąć się mijanym krajobrazom.










 
 

 

Bliskich zapytałam się, czy może jednak powinnam skręcić w prawo? 😅 Otrzymałam odpowiedź: "nieee". Tym oto sposobem o 16:02 pojawiłam się przed Bazyliką Świętogórską w Głogówku.



Ostatnio to miejsce odwiedziłam z Rodzicami, gdy byłam małą dziewczynką i niewiele z tego pamiętałam. Miło wrócić do takiego miejsca i poznać je na nowo.

Trafiłam tutaj na ciekawe zdanie, które bardzo treściwie opisuje mój los. W niełatwej, częściowo na własne życzenie, drodze życiowej poznałam miłość Boga. Stąd też w serce bardzo zapadła mi poniższa sentencja:



 

 
 
Po opuszczeniu Gostynia Myszu znów coś ciekawego znalazła:



Następnie między Taniecznicą a Bodzewem pojawiło się coś, co uradowało mnie, jako sympatyczkę zabytkowych pojazdów. Przy okazji odkryłam, że przebiega tutaj nieczynna linia kolejowa.




W Ziółkowie zachowały się nawet pozostałości po stacji kolejowej.
 

Kawałek dalej trafiłam na kolejny ciekawy drogowskaz. Jak nie trudno się domyślić, to nie ta "Uć". 😉

 

Następnym celem było Domachowo.

 
Wcześniej zupełnie o nim zapomniałam. Jednak jeszcze w Dolsku przypomniało mi się, że w tej części Wielkopolski znajduje się ciekawy zabytek. Wybierałam się do niego od dawna. Poszukałam w internecie nazwę wsi (bo jakoś mi uleciała z głowy). Okazało się, że jestem stosunkowo niedaleko. Uznałam, że to najwyższy czas, aby go zobaczyć na żywo. 

Tym oto sposobem w uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, potocznie zwaną Bożym Ciałem (co ciekawe, Kościół obchodzi tę uroczystość od XIII (!!!) wieku - odkryłam to dopiero tworząc ten wpis 😉)klik., znalazłam się przed najstarszym drewnianym kościołem w Polsce ➞ klik.. Oto kościół pw. św Michała Archanioła i św. Marii Magdaleny ➞ klik:










Przy okazji wjechałam na tzw. Bizkupiznę, ale ten temat poruszę kiedy indziej.

Ponieważ zaczynało robić się późno, a ja miałam sporo kilometrów za sobą i potrzebowałam jeszcze czasu, aby ułożyć trasę na kolejny dzień, postanowiłam skrócić ostatni odcinek trasy. Tym oto sposobem przejechałam Ziemiańskim Szlakiem Rowerowym.

 
 


 

Momentami zastanawiałam się, czy nie powinno przemianować się go na "trawiasty", ale cieszę się, że go zaliczyłam. Dzięki niemu zdjęcie przy tablicy z napisem "Pępowo" wykonałam o 18:02.


Chwilę później podziwiałam tutejszy kościół pw. św. Jadwigi.
 
 

Jadąc na nocleg minęłam dom, którego balustrada zwróciła moją uwagę. Nie spotkałam się nigdy z czymś takim:


Przed budynkiem, w którym miałam zarezerwowany nocleg, czekali już Moi Rodzice. Byli dumni, że ich córcia dała radę. Uspokojeni, że udało mi się tutaj dotrzeć, pożegnali się ze mną i pojechali do domu. Od tego momentu byłam już zdana w 100 % na siebie. Rozpoczęła się prawdziwa przygoda. 😃

Myszu była tak zmęczona wrażeniami tego dnia, że zasnęła, gdy ja jeszcze siedziałam nad mapą i układałam trasę na dzień następny...



12.06.2020 r.

Gdy poprzedniego dnia przejeżdżałam nieopodal skrzyżowania, przy którym stoi pomnik z końmi, to przemknęła mi myśl, że w Pępowie jest chyba stadnina koni. Postanowiłam to sprawdzić. Na mapie widziałam, że jest tutaj jakiś pałac, więc uznałam, że to będzie właściwy kierunek. Tym oto sposobem trafiłam tu:


Następnie przepiękna aleja doprowadziła mnie do owego pałacu.



Coś mnie podkusiło, aby podążyć drogą okalającą cały teren. Tak oto znalazłam 'artefakt':


Spotkanie takiej tablicy z nazwą miejscowości to już dość rzadka sprawa. Pamiętam, jak dyskutowaliśmy o tym kiedyś na TWB ➞ klik.

Dalej było tylko ciekawiej. Trafiłam na drogę wyłożoną brukiem. 😍 Kocham takie miejsca.


Droga wyprowadziła mnie poza Pępowo, a musiałam do niego wrócić, gdyż potrzebowałam pieczątkę do mojej książeczki rowerowej. Dzięki temu dotarłam do skrzydlatego zakątka.


Następnie zrobiłam szybki fotostop przy rzeźbie koni, zdobyłam (z problemami, ale ostatecznie udało się) pieczątkę do książeczki i ruszyłam w dalszą podróż. 


Na moment zatrzymam się na opisie tego, co spotkało mnie we wsi Rębiechów. 

 


Ledwo zsiadłam z roweru, a już jakaś kobieta wyszła z domu stojącego nieopodal, pytając mnie, czy kogoś szukam. Ach, ten wiejski monitoring. tutaj nic się nie ukryje. 😉 Wyjaśniłam więc Jej, że zainteresował mnie tylko ten stary dom i zaraz znikam. Moja szczerość sprawiła, że ta kobieta sama z siebie udzieliła mi kilku informacji o tym domu i rozstałyśmy się, życząc sobie miłego dnia. Ileż prawda i uśmiech mogą zmienić w naszych relacjach, czyż nie? 😊

Ze wsi Rębiechów udałam się Drogą Królewską do Kobylina. 

 

Tak podejrzewałam, że zgodnie z nazwą nawierzchnia na tej drodze będzie iście królewska. Intuicja mnie nie zawiodła. Liczyłam na piachy i były!


Dotarłam do Kobylina. Co za miasto!


Żałowałam, że mam tak mało czasu i tylko telefon przy sobie. Ile tutaj jest obiektów do sfotografowania! Koniecznie muszę kiedyś tutaj jeszcze wrócić. A tymczasem uwieczniłam:

  • wieża zegarowa drewniana z XVIII w. - pozostałość zboru ewangelickiego

  • kościół parafialny pw. św. Stanisława. Warto zapoznać się z historią Parafii p.w. Św. Stanisława BM w Kobylinie klik.
 
  • tego nawet nie będę komentować: 
 
O mało nie ominęłam atrakcji, którą zauważyłam na mapie, gdy wieczorem dnia poprzedniego układałam trasę. Odkryłam, że w Starym Kobylinie znajduje się wiatrak "MIKOŁAJ". Jako rodzona "Mikołajka" nie mogłam ominąć takiego obiektu!


 

Następnie ruszyłam do Kuklinowa. Tam odkryłam piękną aleję lipową, a przy niej stary przystanek kolejowy, przy którym przebiega linia kolejowa nr 14 ➞ klik. Zdjęciom nie było końca!

 


Stamtąd dojechałam do Dzierżanowa. Tam trafiłam na kolejną starą chatę oraz wiekowy krzyż (z 1946 r.). 

 

Następnie drogą gruntową, która po nocnych deszczach była dość błotnista, dotarłam do miejsca opisanego jako Trafary. 

 

Znajduje się tutaj zbiornik retencyjny Trafara. 

 

 

Jednak najważniejszym obiektem, który interesował mnie w tej okolicy, to Krzyż Napoleoński.




Z informacji umieszczonej na nim można dowiedzieć się, że jest on repliką oryginału z 1813 (!!!) roku. Sama replika ma już 20 lat!
 
 
Chwilę później zrobiłam pamiątkowe foto przy tablicy, która z oczywistych powodów skojarzyła mi się z tą piosenką ➞ klik. 😉 Jak się potem okazało, to nie był jedyny muzyczny wątek podczas wyprawy. 😊


Tym oto sposobem dojechałam do Zdun. Tutaj straciłam dobre 30 min. na obdzwonienie wszystkich noclegów w okolicy Milicza, które udało mi się wygooglać jeszcze wieczorem i spisać na kartce. Większość telefonów nie została odebrana. Zmartwiło mnie to dość mocno, bo była 14:00, a ja jeszcze nie wiedziałam, gdzie będę nocować. Postanowiłam jednak nie stać nadal bezczynnie, tylko dosiadłam mojego białego "rumaka" i pojechałam dalej. Gdy wjechałam na rynek, przypomniały mi się czasy, gdy na pokładach autobusów PKS Wołów, jeździłam do Wrocławia.

 

Wkrótce dotarłam do tablicy, która wywołała uśmiech na mojej twarzy. Jest! Hura! Nareszcie! Po półtorej dnia jazdy! Była godzina 14:40.

 

Kawałek dalej zauważyłam ciekawy budynek. Oczywiście musiałam go sfotografować:

 

Ze Zdun, przez Cieszków, dotarłam do Zwierzyńca. Tutaj znów spotkałam tablicę starego typu.


Stąd dojechałam do Trzebicka. Nie miałam pojęcia, co tutaj się znajduje, ale analizując wieczorem mapę zauważyłam, że powinny być tutaj ruiny zamku oraz zabytkowy kościół. Ów kościół tak mnie zaabsorbował, że zupełnie zapomniałam o zamku. 😉 Jednak co się dziwić. Z tablicy umieszczonej przy kościele dowiedziałam się, że kościół parafialny św. Macieja Apostoła w Trzebicku jest jednym z najciekawszych i największych obiektów drewnianych na Dolnym Śląsku. Czy ja mogłam lepiej zacząć dolnośląską eksplorację? Nie sądzę. 😉




A chwilę później Myszu zapragnęła mieć foto wyjazdu. Tak oto powstało coś takiego:



Przy okazji odkryłam, że istnieje coś takiego, jak Kolorowy Szlak Karpia ➞ klik, który w przyszłości chętnie zaliczę w całości.

 
Na wyjeździe z Trzebnicka zobaczyłam w oddali góry. Moje serce się uradowało. Wiem jedno - gdybym przy narodzinach mogła wybrać miejsce, gdzie chciałabym mieszkać, byłyby to Karkonosze.

 
Dojechałam do tego skrzyżowania w Gądkowicach. Była 16:02. Rozważałam dalej pojechać przez: Wrocławice, Bartniki, Uciechów, Smugi, Bogdaj, Wielgie Milickie, Potasznia, Jaz Gądkowice i wrócić znów na to skrzyżowanie. Miałam jednak świadomość, że to jeszcze szmat drogi, a robiło się późno i nadal nie miałam załatwionego noclegu. Obdzwoniłam wszystko, co się dało. Wszystko zajęte. Uznałam więc, że rozsądniej będzie skrócić trasę i udać się w kierunku Milicza. Planowałam po drodze obiad w lokalu poleconym przez Koleżankę. Liczyłam, że może tam uda mi się załatwić jakiś nocleg. Zastanawiałam się, czy dobrze robię. Tak bardzo chciałam zobaczyć Jaz Gądkowice. Mogłam w sumie do niego podjechać, ale coś mi powiedziało, że tym razem mam odpuścić. Gdy chwilę później zobaczyłam tablicę z napisem "Milicz 13", wiedziałam, że podjęłam właściwą decyzję. Głośno powiedziałam: "Ok, Boże. Zrozumiałam. Dziękuję". 

 

Kawałek dalej znów zatrzymałam się, aby sfotografować tablicę.


Dzięki niej ten dzień był pod znakiem polskiej piosenki ➞ klik. 😉

Około 17:00 zlądowałam w lokalu "U Bartka". W końcu znajdowałam się w pobliżu słynnych stawów milickich, więc byłam wręcz zobowiązana zaliczyć tutejszą rybkę. Gdy otrzymałam numerek zamówienia, pomyślałam sobie: "Uff, chociaż raz nie 13". 😉


 

Kiedy składałam zamówienie, zauważyłam, że na barku leżą mapy przedstawiające tutejsze rejony. Pomyślałam sobie: "Boże, dziękuję!!!". Wiecie dlaczego? Bo przyznaję się, że miałam ze sobą tylko "Wielkopolski atlas turystyczno-drogowy", który swoim zasięgiem obejmował teren do Milicza. A następnego dnia jechałam dalej... Co prawda miałam telefon z nawigacją oraz bardzo ogólnikowe wydruki z google, ale bardziej szczegółowa mapa była zbawieniem. Jakże się ucieszyłam na ten dar z niebios! A potem na tyle długo czekałam na realizację zamówienia, że obdzwoniłam wszystkie noclegi, które zostały wyszczególnione na tyle tej mapki. Niestety - wszystko było zajęte! 😱 "To pięknie. Będę chyba spała w lesie, o ile znajdę jakąś wiatkę" - pomyślałam sobie. A miałam szansę na to, bo nieopodal tej tablicy widziałam wiatę. 😉


 

O 18:55 zrobiłam zdjęcie przy tablicy z napisem "Milicz". Trochę mnie przerażała ta godzina, ale jakiś głos mi podpowiedział: "Spokojnie. Na skrzyżowaniu pojedź w lewo. W stronę centrum. Wszystko będzie dobrze". Wsiadłam na rower i gdy dojechałam do skrzyżowania, postanowiłam posłuchać tego głosu. Kilkadziesiąt metrów za skrzyżowaniem zauważyłam napis "noclegi". Gdy znalazłam się na wysokości bramy prowadzącej do tutejszej posiadłości i w głębi zobaczyłam rowery, pomyślałam sobie: "jestem w domu! Tutaj mam szansę coś znaleźć". Weszłam na teren, zadzwoniłam do drzwi. Przyszedł Pan. Wyjaśniłam, że szukam noclegu, że mam śpiwór i wystarczy mi kawałek podłogi i dach nad głową. Cokolwiek. Chwilę pomyślał, przeprosił mnie, zostawiając na moment samą. Po chwili wrócił i poinformował, że ma coś dla mnie, tylko muszę podjechać 1,5 km do innego budynku. Podał cenę. Stwierdziłam, że jestem gotowa nawet tyle zapłacić, byle mieć gdzie spać. 😉 Z resztą wcześniej sprawdzałam na stronie internetowej pewnego popularnego internetowego biura podróży, zajmującego się noclegami, że jedyny dostępny nocleg mam ok. 10 km stąd i to w tej samej cenie. 😉 Dlatego nawet się nie zastanawiałam. "Biorę!". Pan wyjaśnił mi drogę dojazdową i zapowiedział, że za chwilę też tam przyjedzie. Ruszyłam we wskazanym kierunku. W pewnym momencie myślałam, że pomyliłam drogę, bo już mi coś za długo się jechało, ale wewnętrzny głos podpowiadał, abym jechała dalej. W końcu na horyzoncie pojawił się odpowiedni napis. "Uff! Dobrze jadę". Niedługo potem dołączył do mnie wynajmujący. Oprowadził po terenie, objaśnił, co i jak. Gdy prezentował pokój i wskazał, gdzie jest pilot do telewizora, to odpowiedziałam, że nie będę miała nawet czasu go włączyć. Grunt, że mam dach nad głową i łazienkę. Więcej do szczęścia nie było mi potrzeba. Ponieważ było jeszcze w miarę wcześnie, po rozpakowaniu się, zgarnęłam pustą sakwę, rower i pojechałam na małe zakupy. Potem postanowiłam objechać jeszcze centrum miasta. Wiedziałam, że następnego dnia nie będę miała za wiele czasu na to, więc chciałam jeszcze teraz nacieszyć się tym miejscem. Jadąc do centrum musiałam pokonać rzekę Barycz, która uraczyła mnie takim widokiem:


Następnie natrafiłam na bramę z napisem: "SEMPER BONIS PATET", co można przetłumaczyć na: "ZAWSZE POJAWIA SIĘ DOBRY".


Gdy zbliżyłam się do centrum i zobaczyłam, pod którym numerem znajduje się taki ładny dom... na mojej twarzy zagościł promienny uśmiech.


Momentalnie Bóg odpowiedział swoim równie pięknym uśmiechem w postaci promieni słonecznych, przeciskających się między budynkami, oświetlając nimi kościół pw. św Andrzeja Boboli.

 

W drodze powrotnej na nocleg odkryłam halę, w której stało mnóstwo zabytkowych samochodów. Coś pięknego!

 

Po drugiej stronie szosy właśnie zachodziło słońce. Był to jeden z ładniejszych widoków. Byłam tak pełna emocji, że co najmniej do 23:00 siedziałam i nie mogłam zasnąć. Ale nic dziwnego - mój nos był wetknięty w mapę, którą bardzo uważnie analizowałam. Jednocześnie dyskutowałam ze znajomymi przez aplikację. Dzięki temu od jednego dowiedziałam się, co warto jeszcze zobaczyć w Miliczu. Postanowiłam ruszyć z samego rana, aby zrealizować plan przewidziany na kolejny dzień.

13.06.2020 r.

Trzynasty czerwca. Ech... czy może być dla mnie coś piękniejszego, niż trzynasty dzień miesiąca? Obudziłam się przed budzikiem. Jakaś siła to sprawiła. Mając na uwadze plany przewidziane na ten dzień, postanowiłam od razu wstać. Wtem, zauważyłam przez zasłonę, że wschodzące słońce świeci prosto do pokoju, w którym się znajduję. Powiedziałam więc: "Dzień dobry, Panie Boże". W moich oczach pojawiły się łzy wzruszenia. Mam nawet zdjęcie dokumentujące ten moment, ale pozostawię je w swojej "szufladzie". 😎 Była 6:19, gdy sfotografowałam przez okno ten widoczek: 



Szybkie ogarnięcie się, śniadanko i o 8:00 byłam gotowa do wyjazdu. O 8:15 Myszu miała już pierwsze foto z 'koteckiem' będącym elementem Bramy Pokoju. 

 
Po namowach Znajomego postanowiłam zwiedzić tutejszy zespół pałacowo-parkowy ➞ klik. Jakże dobrze, że to uczyniłam! Cóż a przepiękne miejsce! Ruiny zamku, pałac, bramy, park... 


 



 
 




Chłonęłam to miejsce w całości, a że do tego słoneczko przyświecało, więc całość prezentowała się cudownie. Aż nie chciało mi się go opuszczać. Jednak trzeba było to w końcu zrobić. Z mapki, którą pozyskałam dzień wcześniej, wiedziałam, że po tej stronie Milicza znajduje się ekspozycja taboru. Postanowiłam ją odszukać. Niestety, mapa była za mało szczegółowa, więc jechałam bardziej na wyczucie, niż z pełnym przekonaniem. Gdy uznałam, że powinnam być gdzieś w pobliżu miejsca docelowego, a jednocześnie czułam, że zaczynam za bardzo wjeżdżać w osiedle domów jednorodzinnych, przystanęłam po prawej stronie drogi na wysokości jednego z domów. Zaczęłam dogłębniej analizować mapę. Jednocześnie zza pleców usłyszałam dźwięk silnika samochodu. Pomyślałam sobie, że uśmieję się, jak okaże się, że to auto będzie chciało wjechać na teren posesji, przy której stanęłam. W tym momencie auto mnie ominęło i z kierunkowskazem włączonym w prawo, zatrzymało się przed bramą posesji znajdującej koło mnie. Zaczęłam się śmiać, a moja intuicja zaczęła mnie przerażać. Zwłaszcza, że pomyślałam sobie, że może wjeżdżający podpowie mi, gdzie mam szukać tego wyeksponowanego taboru. Usłyszałam dźwięk podnoszonej bramy garażowej. Pomyślałam, że: "eee, wjedzie do środka, zamknie bramę i tyle go widzieli". Zapomniałam jednak o bramie wjazdowej. Z minutę później kierowca przyszedł ją zamknąć. Zauważył mnie i przywitał się. Poczułam, że mam z Nim porozmawiać. Przywitałam się również i zapytałam, czy nie orientuje się, gdzie tutaj jest ekspozycja taboru. Poprosił, abym się odwróciła, zauważyła jakieś małe brzózki. Określił, że jakieś 100 metrów na lewo od nich znajdę to, czego szukam. Szok! Byłam tak blisko, ale z tego punktu nie było widać ekspozycji. Porozmawialiśmy dalej. Pan był zaskoczony, że puściłam się w samotną podróż z Poznania do Wrocławia. Jednak okazało się, że On również jest turystą rowerowym. Zaczął mi polecać okoliczne punkty godne odwiedzenia, zasugerował zaliczenie "rybki" w lokalnej restauracji oraz dodał, że jakieś 2 kilometry stąd jest druga ekspozycja taboru. Jednak nie określił dokładniej, gdzie, a na mojej mapce nie była ona oznaczona. Nie drążyłam więc tematu. Uznałam, że i tak pewnie nie uda mi się jej odnaleźć. Pożegnaliśmy się. Podjechałam do ekspozycji taboru. Całkiem ciekawe miejsce. Przy okazji dowiedziałam się, że Milicz jest rowerową stolicą Dolnego Śląska. Lepiej trafić nie mogłam. 😃





Z kolei Myszolcia błagała mnie o filmik z rybkami. 😉


Ruszyłam w dalszą trasę. Kierowałam się na Rudę Milicką. Nagle zauważyłam, że po drugiej stronie drogi, którą się właśnie poruszałam, stoi jakiś pociąg.

Najpierw nie skojarzyłam faktów i chciałam pojechać dalej bez zatrzymywania, ale nagle mnie olśniło, że to może być ta druga ekspozycja, o której wspomniał mężczyzna poznany przy poprzedniej wystawie. Ale numer! Że też udało mi się trafić na tę drugą prezentację. Od razu zawróciłam i zrobiłam kilka zdjęć. Z każdą minutą uśmiech na mojej twarzy zwiększał się...



O 9:32 dojechałam do Rudy Milickiej.


Nawet nie wiecie, jak bardzo chciałam dotrzeć do tej wsi. O tym, co się w niej znajduje, dowiedziałam się około pół roku temu, oglądając zdjęcia na galerii komunikacyjnej. Postanowiłam przy okazji tej wyprawy rowerowej odszukać to miejsce. Niestety, nie pamiętałam nazwy wsi, ale z pomocą dobrej duszy, udało mi się to ustalić. Tak więc już od 11 czerwca tak planowałam trasy, aby któregoś dnia tutaj dotrzeć. Wypadło na 13 czerwca. 😉 Co mnie tutaj tak ciągnęło? Za moment się przekonacie. Jednak najpierw zobaczcie, co odkryłam na samym wjeździe do wsi:


A oto główny cel wizyty w Rudzie Milickiej:



Stworzono tutaj "Bibliotekę pod dziwnym ptakiem".



Wiecie, co jest najlepsze? W pewnym momencie na przedzie tramwaju zauważyłam ptaka. Zdążyłam nawet zrobić jemu zdjęcie, po czym nieporadnie odfrunął kilka metrów dalej. Starałam się go nie niepokoić, bo wiedziałam, że jest to podlot kosa ➞ klik.


Niemniej - ta zbieżność nazwy biblioteki oraz mojego spotkania z żywym ptakiem rozbawiła mnie. Co za szczęście mnie spotkało. Ten dzień stawał się powoli dniem niesamowitości. Gdybym jednak w tym momencie wiedziała, co mnie czeka dalej... Ale nie uprzedzajmy faktów. 😉

Z Rudy Milickiej udałam się do Niesułowic. Tam trafiłam na ciekawą pokrywę kanalizacyjną.



W okolicy przejazdu kolejowego, przebiegającego nieopodal wsi, droga była tak piaszczysta, że musiałam prowadzić rower. Jednak było to o tyle przyjemne, że moje oczy mogły nacieszyć się widokiem tutejszych Grądów Walkowskich. Przez moment poczułam się, jakbym przedzierała się przez Bieszczady (choć jeszcze nigdy ich nie zwiedzałam 😉). Przepiękne miejsce.


W końcu trafiła się lepsza nawierzchnia, więc wskoczyłam na mojego białego rumaka i ani się spostrzegłam, jak znalazłam się w Wąbnicach. Żałuję, że nie poświęciłam więcej czasu na tę wieś, bo tutejsza architektura wyglądała zachęcająco. Ruszyłam dalej i tym sposobem znalazłam się w Wierzchowicach. Zatrzymałam się przed skrzyżowaniem, aby upewnić się, czy w dobrym kierunku planuję kontynuować swoją trasę. Gdy właśnie chciałam podnieść do góry głowę, którą miałam pochyloną nad mapą i ruszyć w dalszą drogę, jak spod ziemi pojawił się koło mnie mężczyzna. Podejrzewam, że podążał do sklepu znajdującego się nieopodal. Wyglądał na spragnionego, a słońce świeciło... 😉 Jednak zainteresował się mną i zapytał: "Czy pomóc Panu?". Podniosłam głowę. "Oj, przepraszam. Z tą pochyloną głową nie poznałem, że...". "Nic się nie stało" - odrzekłam uśmiechnięta. "Dziękuję za zainteresowanie, ale już sobie poradziłam. Jednak dla pewności zapytam - czy tamtą drogą dojadę do Krośniewic?" - zapytałam wskazując ręką jedną z dróg odchodzących od skrzyżowania. "Yyy, tak, tak!" - usłyszałam w odpowiedzi. "Dziękuję bardzo. Życzę miłego dnia" - odpowiedziałam. Wsiadłam na rower i ledwo ruszyłam, a mój rozmówca rzucił do mnie na odjezdne, że mogę jeszcze skręcić w drogę znajdującą się po lewej stronie. Coś mi jednak podpowiedziało, aby nie posłuchać tej sugestii. Pognałam więc pierwotnie obraną drogą. Okazało się, że za zakrętem szosa zaczęła biec w dół, więc mogłam się rozpędzić. Pędząc tak znalazłam się nagle na wysokości zadrzewień, zza których zauważyłam parowóz. "Ale jak to? Przecież kolejka ma być w Krośnicach, a jeszcze do nich nie dojechałam!". Spostrzegłam, że z parowozu unosi się para. "O, ja! On jest 'żywy', gotowy do jazdy! Pewnie zaraz ruszy!" - pomyślałam. Prawie nogi połamałam, tak szybko zaczęłam nimi przebierać, aby jak najszybciej zbliżyć się do pociągu. Wjechałam na teren stacji. Ostatni wagon składu tak stał, że ledwo przecisnęłam się między jego tylną ścianą a skrajem drogi. Jak tylko pokonałam tę przeszkodę, migiem udałam się na początek składu. Udało się! Zrobiłam foto!


Dopiero w tym momencie spojrzałam na zegarek. Była 10:56. "Ale fuks! Zapewne ciuchcia ruszy o pełnej godzinie" - pomyślałam. Nie dowierzałam w swoje szczęście. Po chwili okazało się, że Panowie obsługujący parowóz spostrzegli, że kręcę filmik, więc zrobili dla mnie mini pokaz - tutaj trochę pary puścili, tam nieco sadzy z komina. Moje oczy rozanieliły się. "O! MKM-frienldy obsługa! Wiedzą, o co chodzi" - pomyślałam. Ponieważ wiedziałam już, że zbliża się 11:00, więc postanowiłam odczekać na odjazd składu. Panowie dali czadu! Para, dym, gwizd! Odjaaaazd! W momencie, jak nagrywałam filmik, oczy zapełniły mi się łzami. Byłam tak wzruszona ze szczęścia, jakie mnie spotkało. To było coś pięknego! 



Gdy skład zniknął w oddali, poszłam pozwiedzać nieco stację i  jej okolicę. Zainteresował mnie kolorowy karp.


Gdy robiłam jemu zdjęcia, zauważyłam, że w moją stronę jedzie ciuchcia. No, co za fuks! Ledwo zdążyłam przełączyć telefon w tryb video. W ten oto sposób powstało coś takiego:



Później udałam się do budynku stacyjnego, gdzie zdobyłam pamiątkową pieczątkę do mojej książeczki rowerowej. Musiałam mieć taką pamiątkę. Niezwykle uradowana ruszyłam w dalszą podróż. Poprzez Pierstnicę dojechałam do Bukowic. Tam, w cieniu wielkiego drzewa rosnącego przy głównym skrzyżowaniu, zrobiłam przerwę posiłkową. Jednocześnie czułam, jak moje ręce, poparzone przez promienie słoneczne (już drugi dzień z rzędu jechałam w pełnym słońcu, nie mając do dyspozycji kremu z filtrem), coraz bardziej puchną, więc to była okazja do chwili wytchnienia dla nich.

Czas zaczynał już nieco naglić, więc nie rozsiadałam się zbyt długo. Ustaliłam, że skieruję się drogą na Grabowno Małe, jednak do niego dojechać nie chciałam. Planowałam odbić w stronę Twardogóry. Coś mi podpowiadało, abym zaliczyła to miasto.


Gdy dojechałam do skrzyżowania, na którym musiałam wybrać właściwą drogę, w oddali usłyszałam grzmot. "Ale jak to?! Przecież w prognozie pogody nie przewidywano burzy o tej porze!". Szybko sprawdziłam prognozę. Nadal nie wykazywano burzy! Jednak widoczne w oddali chmury wskazywały, że moje uszy nie przesłyszały się. Powiadomiłam znajomych. W odpowiedzi otrzymałam info, że to niemożliwe, bo na stronie poświęconej burzom też cisza w temacie. Zaufałam jednak swoim zmysłom i bez tracenia czasu - pojechałam dalej. Dojechałam do rozjazdu i miałam dylemat - wybrać Golę Małą czy Olszówkę? Wewnętrzny głos podpowiedział: "jedź przez Olszówkę". Już po chwili nie żałowałam dokonanego wyboru. Taki widok mnie zatrzymał:


Gdy dotarłam do Olszówki, postanowiłam odszukać zabytek architektury oznaczony na mojej mapie. Pokręciłam się chwilę po tutejszych uliczkach. Zauważył mnie pewien Pan. Zainteresował się, czy potrzebuję pomocy. Zapytałam go o te stare zabudowania. Wskazał mi tę stodołę:


Zapytał, skąd przyjechałam. Prawie zawału dostał, gdy usłyszał hasło: "z Poznania". "Ale sama? Rowerem?". Z rozbrajającym uśmiechem na twarzy potwierdziłam to. Za moment pojawił się inny Pan. Ja w tym czasie robiłam zdjęcia stodoły i słyszałam, jak wymieniają się spostrzeżeniami. "Ta Pani przyjechała z Poznania!". Mój rozmówca zainteresował się, dokąd dalej jadę. Wyjaśniłam, że do Twardogóry. Wskazał drogę. Podziękowałam, bo właśnie tą samą wcześniej sobie wyznaczyłam, więc On utwierdził mnie, że to słuszny wybór. Nieco zszokowanych, ale serdecznie uśmiechniętych Panów, pozostawiłam samym sobie, życząc im na odjezdne miłego dnia.

Pognałam dość przyjemną szosą. Cały czas obserwowałam niebo. Chmury przybierały niepokojące kolory. Miałam wrażenie, że burza, która przyszła od strony Wrocławia, zatacza krąg i kieruje się od strony Krotoszyna wprost na Twardogórę. "No, to pięknie! Dopadnie mnie!" - pomyślałam. Gdy dojechałam do ronda w Twardogórze, na którym Pan spotkany w Olszówce polecił mi pojechać w prawo, postanowiłam się nieco zbuntować i wybrałam inny zjazd. Postąpiłam tak, bo po prostu chciałam zobaczyć centrum tego miasta, a poza tym coś mi podpowiadało, abym na razie nie puszczała się w dalszą drogę... Jak się później okazało, właśnie w tym momencie interwencja palca Bożego być może uratowała mi życie. Jednak nie będę uprzedzała faktów. Opiszę spokojnie dalszy przebieg zdarzeń.

Pokonawszy spore wniesienie, dojechałam do placu postojowego... autobusów PKS. Nie miałam pojęcia, że znajduje się tutaj takie miejsce. Fuks! Zrobiłam kilka zdjęć, jednocześnie nadal kontrolowałam wydarzenia na niebie. Widziałam, jak coraz szybciej, przesuwając się na niebie, chmury nabierają granatowego koloru. "Yhym, nie jest dobrze" - pomyślałam.


Znajomego poinformowałam, że postanowiłam znaleźć szybko jakieś bezpieczne miejsce i tutaj przeczekać burzę. Ruszyłam w stronę rynku. Przynajmniej tak mi się "na oko" wydawało, gdyż nie używałam żadnej nawigacji. Kawałek od placu z autobusami trafiłam na rynek, na którego środku stał kościół. Zaintrygował mnie.


Gdy objeżdżałam go, zauważyłam, że wyszła z niego zakonnica. Już wiedziałam, że to dla mnie jakiś znak. Tylko jaki? Zaczęłam się wewnętrznie o to pytać. Nagle dostałam odpowiedź: "poszukaj szybko miejsca do schronienia". Podążyłam ulicą w dół i znalazłam się na kolejnym rynku. Zaczęło delikatnie kropić. Problem w tym, że była... "O, nie!!! Nie wierzę!" - przemknęło mi przez głowę. Okazało się, że na zegarze była 13:13! Nie żartuję! 😃 "Skręć w prawo" - podpowiedział mi wewnętrzny głos. Ledwo to zrobiłam, przejechałam kilka metrów i zauważyłam otwartą bramę. Od razu tam wjechałam.




Na zegarze wybiła 13:14. Po kilku sekundach lunął deszcz. Ulewa była tak intensywna, że aż się bąble pojawiły. Wiedziałam, że to dobry znak, bo gdy tak się dzieje, to zazwyczaj burza przechodzi po około 20 minutach. Po około 5 minutach, jak trzasnęło! Jak się rozświetliło niebo! Piorun uderzył w jakiś pobliski mnie punkt. Aż podskoczyłam - tak mnie wystraszył grzmot. Chwilę później nagrałam uderzenie innego, nieco bardziej oddalonego.



Kolejny raz tego dnia moje oczy wypełniły się łzami szczęścia. Znów Bóg nade mną czuwał.


Gdy po około 20 minutach przestało padać, postanowiłam podjechać do sklepu, który zauważyłam, gdy jeszcze stałam w bramie. Kiedy zrobiłam zakupy, wyszedł za mną Pan, który chwilę wcześniej rozkładał towar w sklepie. Zagaił mnie. Zainteresował go rower. Zaczął dopytywać, skąd i dokąd jadę. O mało nie miałam kolejnego mężczyzny na sumieniu, który tego dnia zszedłby na zawał. "Ale z Poznania?!" - dopytywał z niedowierzaniem. Z kolei On ubawił mnie, gdy zapytał, czy śledzę Prezydenta. Okazało się, że dzień wcześniej przejeżdżał On ze swoją świtą  przez Twardogórę, aby w sąsiedniej wsi odbyć spotkanie. Wyjaśniłam, że nie mam z tym nic wspólnego. Pożegnaliśmy się, a ja dosiadłam mojego metalowego rumaka i zjechałam ulicą w dół. Gdy dojechałam do znajomego ronda (wszystko "na czuja", bez nawigacji) odkryłam, że Panu z Olszówki podałam złą nazwę wsi, przez którą chciałam jechać. Zamiast Dobroszyc miałam podać nazwę Drogoszowice. Dobrze, że się w porę zorientowałam, choć... dzień później dowiedziałam się, że do Dobroszyc i tak będę musiała kiedyś przyjechać. Wszak to właśnie tam nakręcono sceny do znanego serialu "Sami swoi". 😊 Tym razem jednak poprzez Sądrożyce, Drogoszowice, Miodary i Dąbrowę, dojechałam do Oleśnicy. Obiecałam Znajomym, że dotrę do tego miasta o 15:00. Pomimo nieprzewidzianej burzy, która zabrała mi dobre 20 minut, przy tablicy z napisem "Oleśnica" zameldowałam się o 14:57. Danego słowa dotrzymałam! 😃


W tym miejscu dziękuję pewnej młodej damie, że pokazała cioci, gdzie na rynku można zjeść pyszne lody. Następnym razem weźmiemy jeszcze większą porcję, ok? 😉


Moim Gospodarzom dziękuję za smakołyki i dach nad głową. 😘

14.06.2020 r.

Podziękowawszy za gościnę, nocleg i ogólnie całość - obrałam kierunek: Wrocław. 

Pierwszą za Oleśnicą wsią były Bystre, które na dzień dobry zmusiły mnie do fotostopu. Zauważyłam tutaj ciekawą wiatę przystankową, której nie mogłam ot tak ominąć.


We wcześniejszych planach chciałam pojechać przez Ligotę Wielką oraz Ligotę Małą do Jelcza-Laskowic, ale nie miałam litości zrywać w niedzielę o świcie moich dobroczyńców, więc pozostało mi tylko zrobienie zdjęcia z taką tablicą. Ale dzięki temu mam po co znów wrócić w te rejony, więc... nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. 😊


Wjeżdżając do wsi Piszkawa zastanawiałam się nad etymologią jej nazwy. Ubawiłam się, gdy zobaczyłam tutejszy przystanek autobusowy. Ledwo się zatrzymałam, aby zrobić jemu zdjęcie, a stojący nieopodal mężczyzna podpowiedział, abym zaglądnęła do środka, bo jest tam biblioteka. "Poważnie?" - zapytałam z niedowierzaniem. " Proszę sprawdzić" - odpowiedział. Przeszłam na drugą stronę szosy. Faktycznie - były tam półki z książkami. Jaki ciekawy pomysł!



Gdy zobaczyłam tablicę z napisem: Oleśniczka, poczułam, że tutaj coś ciekawego mnie spotka. Przy czym zastanawiałam się co, bo wioska wyglądała dość niepozornie. Do momentu, aż znalazłam się mniej więcej pośrodku jej. Wówczas zauważyłam lecącego... dudka! Niestety, nie udało mi się zrobić zdjęcia. Widok pozostał tylko w mojej pamięci. Jednak kolejny raz na tym wyjeździe nie dowierzałam w swoje szczęście!

Dojechałam do Kątnej. Jejku, jaka śliczna wioska! Stare zabudowania, polonez zaparkowany przy szosie i...



... na wyjeździe zauważyłam przepiękną kapliczkę. Poświęciłam chwilę czasu, aby się przy niej zatrzymać i zamyślić.


18 minut później na horyzoncie zauważyłam Sky Tower. To oznaczało jedno - zbliżam się do Wrocławia, a że akurat z naprzeciwka jechał autobus, to powstało takie zdjęcie:


O 10:27 znalazłam się na wysokości Kiełczowa. Tutaj sfotografowałam kolejny zabytek.


10:44 Wroclove! 😍 Mój Wrocław!!! Udało się!!! Nawet Młoda chciała mieć foto, więc razem zapozowałyśmy. A co! Jednak opublikuję foto z samą Myszu. 😉


Zdjęcie wysłałam do kilku osób. Jeden znajomy, który mieszkał kiedyś we Wrocławiu, poprosił mnie, abym zrobiła dla Niego zdjęcie na placu Solnym. W głowie pojawiło się pytanie: "a gdzie to w ogóle jest? Czy dam radę uwzględnić go na trasie? Przecież nie mogę spóźnić się na mszę, a wiem że po niej nie będę miała czasu na takie 'ekscesy''' - pomyślałam. Włączyłam nawigację w telefonie. Szybkie obliczenie trasy z i bez placu. "Jak się sprężę, to na styk powinnam się wyrobić" - rozmyślałam dalej. Postanowiłam więc sprawić przyjemność znajomemu i pognałam czym prędzej w stronę placu. Kiedy zorientowałam się, że pojawiłam się w okolicy pętli Litewska, pomyślałam: "choćby się waliło i paliło, choćby nie wiem co, muszę mieć zdjęcie z centrum świata ➞ klik.. Sympatycy komunikacji wiedzą, o co chodzi. 😉 Przy okazji poznałam części miasta, w których dotychczas nie byłam. Dotarłam do miejsc, gdzie można dojechać tylko rowerem. Cudo! Dla Myszu też coś się znalazło. Kompletnie przypadkowo pojawiłam się na Psim Polu, choć jeszcze dzień wcześniej rozmawiałam ze Znajomym o znajdujących się tutaj figurkach. Myszu oczywiście ubłagała mnie, abym zrobiła jej fotki z tą zgrają psiaków. Nie mogłam jej odmówić.



Za chwilę poświęconą "dziecku" sama zostałam wynagrodzona i... udało mi się sfotografować. "ogórka". Co prawda w pierwszej chwili to zabytkowy samochód zwrócił na siebie uwagę, ale jak się tak lepiej rozglądnęłam... 😉


O 11:57 byłam już na rynku. Bez pamiątkowego zdjęcia nie było mowy, abym pojechała dalej.


Zaraz potem wylądowałam na placu Solnym. No! Obietnica dotrzymana, foto do znajomego poleciało. Czas na mnie! Rzut okiem na nawigację. "O matko! Teoretycznie będę na styk, ale czy mnie czasem jakieś światła za długo nie zatrzymają? Trzymać się kurczowo nawigacji, czy jechać 'za głosem serca'?" - zastanawiałam się w myślach. Wybrałam opcję pośrednią - najpierw kierowałam się według nawigacji, ale gdy byłam już w okolicy kościoła - 'przełączyłam' się na intuicję. Postanowiłam zajechać z zupełnie innej strony, niż dotychczas docierałam do tej świątyni. Z tyłu głowy miałam obawę, czy nie natrafię na jakąś barierę architektoniczną, ale czułam, że mam się nie przejmować takimi 'drobiazgami' i jechać tak, jak podpowiada mi serce. Udało się! Przed kościołem pojawiłam się na 9 minut przed rozpoczęciem mszy. 😅 Zdążyłam nawet zjeść coś i przełknąć kilka kropel wody. "Boże - dziękuję!" - pomyślałam. Ze łzami wzruszenia weszłam do środka. Usiadłam w zupełnie innej części kościoła, niż zazwyczaj. Przy okazji miałam idealny punkt widokowy na rower, który został na zewnątrz. W czasie mszy znów promienie słońca "muskały" ścianę. Przez całą godzinę wydarzyło się to tylko w dwóch momentach. Pierwszy raz w trakcie pieśni ➞ klik.

Jakże te promyczki pasowały do słów:

"Pan Jezus już się zbliża,
już puka do mych drzwi,
Pobiegnę Go przywitać,
z radości serce drży.

O szczęście niepojęte,
Bóg sam odwiedza mnie"


I drugi raz... tuż po zakończeniu mszy, gdy postanowiłam zrobić pamiątkowe zdjęcie.



Magia...



Stwierdziłam, że zrobię, co w mej mocy, aby właśnie z tej świątyni uzyskać pieczątkę do mojej rowerowej książeczki. Wszak moja wyprawa była swego rodzaju rowerową pielgrzymką. Jestem niezwykle uradowana, że udało mi się tego dokonać. Ucieszyłam się, że znów spotkałam księdza, który kilkanaście tygodni temu pozwolił mi zrobić zdjęcia z tutejszego chóru -> klik. Serdeczne Bóg zapłać za możliwość potwierdzenia przejazdu! 😇


Potem pognałam odebrać modelik autobusu, który na mnie oczekiwał u Przyjaciela. Autobusik stał się swego rodzaju nagrodą za ten cały trud towarzyszący wyprawie.

Z tak wielkim bólem serca opuszczałam Wrocław, że bilet kupiłam... 4-5 minut przed odjazdem pociągu. Ledwo zdążyłam! 😅 Gdyby nie pomoc przyjaznej duszy, to bym zapewne musiała poczekać na inne połączenie. Tak więc serdecznie dziękuję za wszystko! 😊

Szczęście dopisywało mi dalej. W pociągu znalazłam dla mojego jednośladu genialną miejscówkę. Dzięki temu nie musiałam ściągać sakwy, ani nigdzie przyczepiać roweru. Sam się 'trzymał' - wykorzystałam kilka praw znanych z fizyki. 😉


Kiedy pociąg zatrzymał się na stacji Wrocław-Mikołajów tak, że nie musiałam nawet o milimetr zmieniać swojej pozycji, aby zrobić poniższe zdjęcie, uznałam, że nadmiar szczęścia został wyczerpany.


Jednak po wjechaniu do Poznania okazało się, że to nie był koniec. Powitało mnie takie niebo:


Natomiast na wjeździe na osiedle 'dopadł' mnie zachód słońca.


A modelik? Dojechał bezpiecznie, bo udało mu się zapewnić bezpieczne miejsce w postaci mojego pojemnika po prowiancie. 😉


Po powrocie do domu fizycznie cierpiałam przez kilka tygodni. Skóra schodziła mi płatami. Potwornie swędziała, nie dając się wyspać. To było gorsze, niż jakby ukąsiło mnie 100 komarów. Leki na alergię niewiele dawały. Łykałam wapno w maksymalnych ilościach. Teraz, gdy minęło ponad 1,5 miesiąca od wyprawy, opuchlizna zeszła, a rany na poparzonych rękach się zagoiły oraz uczulenie na słońce, którego się nabawiłam, zniknęło, widok modeliku stojącego w honorowym miejscu mojego pokoju co rusz przywołuje same pozytywne wspomnienia z tej niezapomnianej wyprawy.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

W trakcie całego wyjazdu modliłam się - o ominięcie burz, o znalezienie noclegów, itp. Dało mi to mnóstwo otuchy. Kiedyś tego nie rozumiałam i nie czułam. Wiele osób twierdziło, że modlitwa ich uspokaja, koi duszę. Mnie to nigdy zbytnio nie pomagało. Aż do momentu tego, co stało się w zeszłym roku. Nagle poczułam wszystko to, o czym wierzący do mnie mówili.

Przyznaję, że nigdy w życiu nie puściłam się w taką podróż, jak teraz. Wcześniej zawsze miałam opracowaną trasę, załatwiony nocleg i jeśli jechałam, to z grupą, a nie sama. Samotnie to wypuszczałam się na jednodniowe wyprawy. Ale sama na 4 dni? W życiu! Jednak teraz czułam, że muszę to zrobić. Może nie tyle, żeby sobie coś udowodnić, bo staram się od takiego myślenia odchodzić, ale zrobiłam to po to, aby się wewnętrznie przełamać. Uwolnić od strachu. Jednocześnie w totalnych głębinach serca wyczuwałam, że wszystko się uda. Miałam tylko oddać swój los w Jego ręce, a On mnie wówczas poprowadzi. Jednocześnie miałam nadzieję, że ta wyprawa będzie dla innych przykładem tego, jak działa Bóg. Czy plan się powiódł? Oceńcie sami. 😊

Podczas wyprawy mój rowerowy licznik nie działał. Wskazywał jedynie temperaturę otoczenia. Jechałam więc "na oko". Nie miałam pojęcia, z jaką prędkością się przemieszczam, ani ile kilometrów pokonałam (wg google wyszło łącznie ok. 300 km). Byłam zdana na znaki drogowe i własne wyczucie. I wiecie co? Okazało się to całkiem przyjemnym doświadczeniem. Zamiast tracić czas na spoglądanie na licznik, mogłam w pełni delektować się otaczającymi mnie widokami. Zastanówcie się teraz, ile na co dzień mamy wokół siebie takich gadżetów, bez których też da się żyć.😎

Ten opis mojej podróży ma Wam uświadomić, że prostując nasze drogi życiowe, zdecydowanie uprzyjemnimy swój żywot. ➔ klik.

 ---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Zdjęcia z wycieczki są dość słabe, gdyż robiłam je nieco zabytkowym telefonem komórkowym. Czy to jest jednak istotne? Opieka boska, dobroć ludzka i ładunek emocjonalny z tej wyprawy są dla mnie o wiele cenniejsze. 😊

Komentarze